Kanały:
Wpisy
Komentarze

.

Historia oparta na faktach

W jednym z toruńskich akademików miała miejsce okrutna zbrodnia. Jeden student zginął, a dwóch zostało ciężko rannych po tym, jak Michał D. ps. “Metis” (81 l.) pewnego dnia obudził się i koledzy oznajmili mu, że para jego skarpet wylądowała za oknem.

Młodzi mężczyźni mieszkali po sąsiedzku od ponad roku. Po jednej z imprez Grzegorz B. (60 l.), jedna z ofiar pozostałych przy życiu, zauważył, że w pokoju “coś jebie”. Wspólnie z Jackiem F. (20 l.) i Marcinem W. (†62 l.) stwierdzili, że przyczyną przykrego zapachu są leżące na krześle skarpety późniejszego sprawcy zbrodni. Tego smrodu nie dało się znieść – mówi Grzegorz – musieliśmy coś zrobić, bo byśmy się podusili!

Trójka studentów doszła do wniosku, że skarpety trzeba wyrzucić. Marcin W. złapał skarpetki. Nie bardzo wiedział, co z nimi zrobić – opowiada Jacek, drugi z poszkodowanych. – Grzesiek otworzył okno, no i poleciały.

Michał D. spał w czasie, gdy jego koledzy wyrzucali skarpety. Jak się obudził – mówi dalej Jacek – opowiedzieliśmy mu co zaszło. Myśleliśmy, że będzie się z tego śmiał, bo w akademikach różne rzeczy się wyrzuca za okna i akurat skarpety

nie są czymś wyjątkowym. Ale on się wściekł… Nie mogę w to uwierzyć. Zawsze był spokojny, z nikim się nigdy nawet nie pokłócił.

Policja ustaliła, że po tym, jak koledzy powiedzieli Michałowi D. o skarpetach leżących za oknem, ten wpadł w szał. Rzucił się na Marcina W., zaczął go bić. Zaskoczony Marcin nie zdążył zareagować i stracił przytomność po tym, jak uderzył tyłem głowy o kant łóżka. Wtedy sprawca dotkliwie pobił dwóch pozostałych kolegów. Obaj trafili do szpitala z rozległymi obrażeniami ciała i licznymi złamaniami. Marcin W. nie miał tyle szczęścia. Nim zdążył się ocknąć, został kilkukrotnie dźgnięty widelcem w klatkę piersiową. Policja uważa, że sprawca uznał Marcina za “głównego wykonawcę czynu” i dlatego zabił.

Społeczność studencka Torunia jest wstrząśnięta wydarzeniem. Nic takiego by się nie stało, gdyby chłopaki od czasu do czasu robili pranie – twierdzą zgodnie mieszkańcy akademika.

* * *
Inspirowane prawdziwą historią.

Filmoteka znużonego człowieka

Filmy śmiało możemy podzielić na złe, dobre, średnie. Tak myślałem do tej pory. Aż wkońcu znalazłem czwartą kategorię, która wstrząsneła naszą kanciapą. Mianowicie Minotaur. Klasa sama w sobie, stworzona sama dla siebie, byt nieskończenie twórczy i doskonały. Genialne kino grozy z fenomenalną muzyką, prześwietną grą aktorów, wspaniałą scenerią… wymieniać można w nieskończoność. Film po obejrzeniu którego zmienicie podejście do całego dotychczasowego dorobku kina. Oczywiście o ile macie na tyle siły, odwagi, oraz energii, aby raz rozpoczęte arcymistrzowskie dzieło zobaczyć do końca, bez przerażenia się jego doskonałością.

WIOSNA

wiosna

Notatki z wykładu

Spotkaliśmy się w karczmie, gdzie drogi wiódł naszej kres, zastała nas tytoniu woń i nuta zapachu podchmielonych już pań. Kelner podszedł by wódę lać nam do kieliszków. Byliśmy zmęczeni, rozdygotani życiem, pragnący zapomnienia. Każdy z nas był swoim filozofem, napisał swój własny rozdział komedii. Każdy był młody, znużony, rozdarty. Pragnienia mieliśmy różne, dostojne i głupie. Hedoniści, niedoszli artyści, intelektualiści lub jak wolicie pseudo myśliciele, ekonomiści, maklerzy swoich i cudzych pragnień. Bogaci, sławni, mimo to niespełnieni – tacy właśnie byliśmy, tacy zostaliśmy stworzeni przez Niego. Przez niego? Czyli przez kogo? Każdy był Nim sam dla siebie, swoim własnym światem, pragnieniem, motywem, śmiercią, miłością – w tej lub innej kolejności. Ale nie tylko przez niego, nie tylko przez Nas samych, lecz także przez innych. Innych? Zawsze się ktoś znajdzie, zawsze ktoś zechce nami pokierować, zechce nas dostosować. Do czego? Do życia, do społeczeństwa? Tego nie wiem. Jednak ten proces im nie wyszedł, byliśmy zepsutymi elementami systemu. Nie, nikt nie twierdził że nie jest w systemie, nikt się z niego nie uwolnił, mimo wielu dramatycznych prób skazujących nas na porażkę, sromotną zresztą. Byliśmy zepsuci, bo to inni dostosowywali się do nas, staliśmy ponad nimi i to wykorzystywaliśmy, byliśmy ich pragnieniami, ich życiem, wegetującym zresztą. Czy my żyliśmy? W każdym razie próbowaliśmy. Wiedzieliśmy że stoimy w tej porażającej hierarchii wysoko, jednak nigdy na szczycie. Tak, właśnie my próbowaliśmy, staraliśmy się przewartościować społeczeństwo. Jednak teraz byliśmy zmęczeni, pragnęliśmy jednego – ucieczki, ciszy, we własnym zamkniętym na tą chwile kręgu.

Jednak alkohol nas zmieniał, sączony powoli, wypijany czysto, z rozmysłem. Brał nas w swoje szpony, on chciał nas zniewolić, a my pragnęliśmy tego zniewolenia – w ten wieczór. Stopniowo stawaliśmy się sobie braćmi, byliśmy siebie spragnieni, rozmów, widoku,

będąc sobą jednocześnie znużeni.

Okiem błazna.

06-04-09_0314Akurat wykokosiłem sobie łoże, usadziłem przecudnej urody pośladziska (piękne, miękkie i jędrne) i zabierałem się do redagowania Kanciapy, gdy… wlazło trzech niezbyt pierwszej urody mościpanów co wnieśli fajkę wodną i mówią, że teraz będą palić sziszę (smak herbaciany, jakby nie można było wypić kurwa herbaty!). Nic to, spróbuję pisać z ludźmi, którzy po koleji będą lizać rurę… trochę strasznie mieć takowych za plecami, ale nie wyglądają na skłonnych do folgów.

Dzień zaczął się tym, że obudziłem się na łóżku Metisa (swoją drogą to chyba najwygodniejsze łóżko w całym akademiku) o godzinie szóstej, by wyłączyć budzik i wstać o siódmej tym razem już budzika nie ignorując, bo musiałem iść na zajęcia. Trzy godziny snu przyszły i odeszły jak jesienny wiatr, a ja uprzednio wypijając kawę i konsumując fajkę poszedłem na arcyciekawe zajęcia z gramatyki opisowej języka polskiego, by słuchać o akomodacji. Następnie poetyka i odwieczny problem mikrokosmosu scenicznego i makrokosmosu teatralnego okiem mojej ulubionej pani Sławińskiej. Później już tylko poezja Wittlina – taki smutas, co pisał o wojnie, ale za cholerę nie można powiedzieć, że podmiot liryczny utożsamia się z autorem, choć autor przeżył to co podmiot liryczny.

06-04-09_1346Odpuściłem sobie wykład i zaciągany przez koleżankę udałem się do Carpie Diem w celu spożycia piwa, które mi postawiono, bowiem nie mam pieniędzy (a najlepsze, że jutro wracam do domu). Graliśmy przez godzinę w piłkarzyki i udaliśmy się na wydział po drodze zahaczając o zapiekankarnię, gdzie po raz kolejny zostałem obdarowany zapiekanką (Stawia babcia koleżanki! Niech żyje! Hlus w dziub!). Udałem się do biblioteki wydziałowej, by przeczytać wstęp Bańki do Innego Słownika Języka Polskiego (praca domowa z leksykografii zwanej inaczej nauką o słownikach – SIC!), z którego dowiedziałem się, że już nic nie wiem. Jeszcze tylko leksykologia, na której szczerze się pośmiałem, bo facet to porządny człowiek… Wracając kupiłem na spółę z kumplem paczkę fajek i ruszyłem do akademika gdzie oddałem się błogiemu stanowi nic nie robienia…

Ale, ale…

06-04-09_1644Czas się pakować, albowiem nadchodzi przerwa świąteczna, a ja jako przykładny syn i uczestnik czegoś co zwie się rodzinnym społeczeństwem nie byłem w tamtych rejonach już od grudnia – wyobrażam sobie już jak wita mnie pies: szczekaniem i wrogimi minami (a ja cholerę wychowałem!). Odjazd pociągu jutro o 12:30… przyjazd – coś koło 20:00. Cieszy mnie perspekrywa spędzenia słonecznego dnia w saunie zwanej pociągiem. Idź pan w pizdu!

I Waglewski ze swymi dwoma niedorozwiniętymi synami z głośników woła, że chce cudów.

Przy kawie wschodzącego słońca

Jestem Metis i nie mam pieniędzy. Mam za to cholerne szczęście, bo gdybym jakimś pokaźniejszym kapitałem dysponował, to pewnie mało by mi z niego zostało do teraz. Ale nawet bez pieniędzy ubiegły weekend minął pod znakiem picia, picia i dopalania resztek papierosów. Przyjechał Zbigniew, wypełniając lukę po domującym się akurat ZoltaRze – i się zaczęło.

Budzę się w piękny sobotni poranek, a tu obok leży tajemnicza Wiadomość o treści “Szukaj sensu w chaosie”. No to leżę dalej i szukam, gdy nagle wchodzi banda do pokoju i zaczynają pić Coolery (1,40zł przy sugerowanej cenie 2,95!). Wstaję, a oni piją dalej. Po chwili już każdy z nas miał swój piwosoczek, którym się z należytą troską opiekował. Słonko grzało, a piwko chłodziło. Uradowani długo oczekiwanym nadejściem wiosny w całym jej majestacie, razem z Winixem wzięliśmy gitary i pobrzdąkawszy trochę przed akademem, pobrzdąkaliśmy również na korytarzu. Taka huynja. Coś pięknego.
Wieczorem oczywiście pojawiła się wódka, a że tutaj wódka jest Bogiem, toteż zaczęliśmy się modlić.
W życiu jak w piciu – kto słaby ten rzyga i pada, ale nawet dwóch największych madafaków nie mogło nie odpłynąć oglądając Minotaura. Mówię wam, i wiem co mówię, ten film jest Zły. Plan mieliśmy jednak ambitny.

Tak minął wieczór i poranek – dzień pierwszy.

Dnia następnego z żalem stwierdziłem, że oto skończyły się gilzy. Cholerny świat. Dlaczego nie mogły się skończyć razem z tytoniem? Nigdy się kurwa nie kończą jednokurwacześnie… no ale już. Wdech. Wydech. Poradzimy jakoś, to w końcu akademik. Zresztą nieważne, czekały nas inne egzystencjalne problemy, z których podstawowym był “Co robimy dzisiaj?”. Zbigniewa to pytanie dręczyło przez pół niedzieli, tym bardziej że weekend mieliśmy naprawdę niskobudżetowy, a wszak na trzeźwo rzeczywistość jest nie do przyjęcia. Postanowiliśmy na początek, tradycyjnie już podczas wyjazdów ZoltaRa, ogarnąć ten burdel, jaki się tu stworzył w ostatnich dniach. Krytyczny stan portfeli z kolei nie przeszkodził nam w rozpoczęciu gry w poksa, dzięki czemu jestem teraz człowiekiem szczęśliwszym o 6zł.
Po grze połowa ekipy się wykruszyła, a dwóch bohaterów dnia poprzedniego ponownie stawiło czoła Złu – i tym razem nie skończyło się tylko na ambitnym planie, bowiem udało nam się przeżyć najdłuższe półtorej godziny w życiu. A żeby uspokoić skołatane nerwy i odzyskać wiarę w kinematografię, Sorcerer na kolację. Pomogło. W międzyczasie powrócili wykruszeni, niosąc ze sobą miętową Żołądkową. Jacy to mili ludzie są, nawet pierogami poratowali.

A teraz, psia jego mać, mam tu trzech facetów śpiących na trzech łóżkach, i z tego miejsca pragnę gorąco pozdrowić Winixa, który zajął moją pryczę, który miał wstać godzinę temu, któremu się odechciało wstawać, i który zwinął się 5min po publikacji tego wpisu. Chuj Ci w karpia.

Fotokanciapa

05-04-09_09341Człowiek bezgraniczne przywiązany do własnych skarpet

05-04-09_09362Sen zimowy

17-03-09_23301Orgia w Kanciapie

05-04-09_09371Młody Kaczmar bez raka krtani

Bez tytułu.

Witajcie zarówno drodzy jak i tani czytelnicy.

Podzielę się z Wami na wstępie refleksją, która mnie naszła (zauważcie, że refleksje nachodzą, a nie zachodzą czy podchodzą, a jak nachodzą to tylko z góry (za – od tyłu; pod – od dołu; na – od góry). Można powiedzieć więc, że refleksje biorą się z nieba, a wierzący idąc dalej tym tokiem rozumowania mogą mówić, że są one (refleksje) dowodem na istnienie Boga). Czas na boską refleksję: Nawet jeśli o mnie zapomnicie to ja i tak o sobie nie zapomnę.

A jeśli chodzi o czwartek, to w któryś czwartek napisałem w swoim holenderskim zeszyciku (niestety, nie pisałem tam dat, jedynie dni wpisów; wszak nikt w stanie nadświadomości nie zważa na tak przemijające byty jakimi z pewnością są daty; jedynym plusem dat to ich niepowtarzalność) taki jedyny w zeszyciku rymowany wpis:
“Wstałem rano, nie wiem po co
Przemyślałem wszystko nocą
Dzisiaj nowy dzień zaczynam
Skręcam jointa, nie brak piwa”

Każdy przecież nocą myśli o czymś innym, zapewne o swoich sprawach. Proponuję Wam zatem doszukanie się rytmu w tym splocie słów (zezwalam na poprawki) oraz stworzenie odpowiedniej melodii. Zalecam pisanie w godzinach 4:00 – 9:00, nie zalecam zaś trzeźwości. Treść dowolna (vide pierwsze zdanie). Mam nadzieję, że myślicie o czymś kładąc się spać i nie jestem tutaj wyjątkiem. Jeżeli pojawi się kilka wpisów, spróbuję też skrobnąć jakąś pointę. Piszcie w komentarzach.

Kanciapa48 jest bardzo wenotwórcza więc nie boję się o rozwój tego wie-rsza piejo-senki. Jak donoszą moje źródła nie widujecie już poety Marcina, zatem nie liczę na nic wartościowego.

Pozdrawiam wszystkich z wyjątkiem tych, którzy tego nie czytają.

Wczoraj, 26.03.09

Swędział mnie lewy pośladek.

Podrapałem się.

Ulżyło…

Starsze wpisy »